niedziela, 27 września 2015

"Pan Przypadek" z uśmiechem por. Borewicza, czyli Jacek Getner w kuźniańskiej bibliotece [WYWIAD]

W czwartek, 24 września w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Kuźni Raciborskiej odbyło się spotkanie z pisarzem, autorem serii popularnych komedii kryminalnych o genialnym detektywie oraz scenarzystą Jackiem Getnerem.




- Od czego zaczęła się Pana przygoda z pisarstwem?

- Od miłości. Zakochałem się w wieku 19 lat, a ponieważ obiekt moich westchnień lubił wiersze Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, więc ja - dość nieudolnie - starałem się go naśladować, pisząc dla niej swoje wiersze. Było to oczywiście dalekie od twórczości Gałczyńskiego, ale cel swój osiągnęło.



- Zaczęło się od wierszy. Potem przyszedł czas na opowiadania i po jakimś czasie pojawiły się kryminały. Skąd pomysł na tworzenie tego gatunku literatury?

- Droga do tego była długa, ponieważ zaczęło się tak naprawdę od copywritera, czyli pisania tekstów reklamowych. W tym czasie pomyślałem sobie o opowiadaniach i zacząłem pisać. Zupełnie przypadkowo, a związane to było z Jerzym Pilchem i konkursem ogłoszonym w tygodniku "Polityka", do którego wysłałem kilka swoich opowiadań. Jedno z nich zostało wyróżnione w konkursie. A kryminały wzięły się u mnie jakby z miłości do suspensu. Bo oprócz pisania dialogów do seriali, moją drugą pasją są tzw. dystopie, ale jakby niezależnie od tego, zawsze lubię być zaskakiwany na koniec. Zdarzało się bowiem, że gdy wysłałem gdzieś swój tekst, to otrzymywałem recenzję w stylu: "i znowu zaskakujące zakończenie". To tak, jakby to był pewien zarzut, a ja uwielbiam zaskakujące zakończenia. A jeśli o to chodzi, to co jest najlepsze dla suspensu? Oczywiście kryminał. W ten sposób doszedłem do wniosku, że powinienem swoich sił spróbować w kryminale. Poza tym, kryminał powstał też dlatego, że brakowało mi w polskiej telewizji lekkiej serii kryminalnej, więc początkowo był to projekt serialowy. Mając na myśli przygody pana Przypadka, mamy część I, II, II i IV. Każda z nich dzieli się na trzy zagadki; one są właściwie tak naprawdę odcinkami serialu. Jako ciekawostkę mogę podać fakt, że jak się składa projekt do telewizji, to trzeba złożyć scenariusze trzech pierwszych odcinków, a później kolejnych dziesięciu. Ja napisałem pełne scenariusze trzech pierwszych, one sobie powędrowały, raz nawet były już podpisane do produkcji, jednak w pewnym momencie zaszła zmiana (co jest zupełnie normalne), że projekty już podpisane do produkcji w 75 % w ogóle nie trafiają do realizacji.


- Główną postacią Pańskich kryminałów jest Pan Przypadek. Nomen omen - Jacek. Bohater porównywany jest do dr. House'a albo por. Borewicza z serialu "07 zgłoś się", w którym główną rolę grał Bronisław Cieślak. To chyba też nie przypadek, gdyż pisze Pan również scenariusze do serialu "Malanowski i Partnerzy".

- Pisałem tam scenariusze, ale nie da się pisać dwóch scenariuszy do różnych seriali naraz, gdzie na napisanie odcinka dostaje się zwykle 2-3 dni. Musiałbym wtedy wybierać między jednym a drugim. "Malanowskiego" pisałem w latach 2010-2011, a teraz od kilku lat piszę wyłącznie scenariusze do serialu "Klan", co zajmuje i tak dość sporo czasu. Dlaczego do dra House'a czy Borewicza? Chciałem go trochę określić, żeby ludzie wiedzieli mniej więcej, kim jest ten bohater. On ma taki łobuzerski charakter, przynajmniej staram mu się dać taki uśmiech por. Borewicza. Przy "Malanowskim" najfajniejsze było pisanie tekstów pod samego Bronisława Cieślaka, bo człowiek ma w głowie daną osobę. Bardzo często jak się pisze teksty do jakichś seriali i wiedza o tym, kto gra daną postać i znajomość tego jak gra, pozwala łatwiej pisać. I pan Bronisław Cieślak zawsze pięknie podawał te teksty. Klasa sama w sobie.



- Interesuje się Pan zarówno polityką, jak i historią. Jeden z teksów, który zamieścił Pan na swojej stronie internetowej poświęcony jest powstaniu warszawskiemu. Zatytułowany jest on dość przewrotnie, bo "Powstanie '45". Dlaczego?

- To taka zabawa literacka. Od paru lat modne w polskiej historiografii jest opisywanie, co powinniśmy zrobić i na pewno jak byśmy to zrobili, to uniknęlibyśmy różnych nieszczęść, a kraj byłby krainą miodem i mlekiem płynącą. Abstrahując od tego, że nie zawsze jest to dobrze udokumentowane historycznie (a nawet jeśli takie jest), to dla mnie jest to błazenadą. Jest tyle zmiennych, że przewidywanie, iż to spowoduje to, a to nie tamto, to tak jak zrobić zapasy przed wojną, bo z góry będzie wiadomo, że ona potrwa sześć lat. Tego nie da się przewidzieć, bo mogła trwać 36 lat, albo 2 lata, a gdyby ruszyli się ci z Zachodu, to mogłaby się skończyć po 1,5-2 miesiącach. Jest mnóstwo takich rzeczy. Sęk w tym, że właściwie powstanie wybuchło w roku 1944, a nie 1945 i gdyby wojna trwała nadal, a powstanie wybuchłoby w roku 1945, to spowodowało by ogromną hekatombę, co uważam zresztą za prawdopodobne. Nawet gdyby ci, którzy przeżyli powstanie warszawskie, dotrwali do roku 1945, byliby w stanie wywołać większy zryw, ale wtedy nie mielibyśmy już żadnego poparcia Zachodu i być może byłoby jeszcze mocniej stłumione. Ale ja to przedstawiam jak zabawę literacką i doskonale wiem, że choć mam mnóstwo przesłanek, to nie odważyłbym się tego w życiu nazwać prawdopodobną historią.



- Pozostając przy tym wątku - niedawno obchodziliśmy 71. rocznicę powstania warszawskiego. Jak Pan odbiera obchody, bo nie da się ukryć, że społeczeństwo w tej kwestii podzieliło się na dwie grupy: na tych, którzy uważają, że było zasadne i tych, którzy są przeciwnego zdania. Obchody mają też kontekst mocno polityczny, bowiem były prezydent Bronisław Komorowski był wygwizdywany, zaś obecny Andrzej Duda - oklaskiwany.

- Sęk w tym, że na cmentarz przychodzili ludzie, dla których to powstanie jest naprawdę ważne i oni akurat woleli Dudę, a nie Komorowskiego. Bronisław Komorowski, zgodnie z tradycją (także swoją rodzinną) też to powstanie czcił, natomiast ci, którzy podzielają jego myśli, nie byli na tym cmentarzu. Oni razem z nim uczestniczyli w innych uroczystościach. To powstanie w rzeczywistości powinno bardziej łączyć niż dzielić, a nie ma takiej opcji żeby nie dzieliło. W jednym z "Przypadków" ("Pan Przypadek i wehikuł czasu") będzie historia związana z powstaniem warszawskim. W Pruszkowie pod Warszawą (gdzie podpisano akt kapitulacji powstania - dop. BK) już od czerwca budowano obóz dla ludności cywilnej. Nie znaleziono wielu dokumentów, ale wiele rzeczy wskazuje na to, że Niemcy być może chcieli zrobić Festung Warschau i powstanie nie miałoby wpływu na to, że miasto zostało zburzone. Ale niektórzy uważają, że miało ten wpływ, więc to dzieli. Nie widzę możliwości, żeby nie dzieliło. Będzie dzielić. Tak było nawet wśród powstańców, którzy tuż po wojnie (a było ich sporo) wyklinali gen. Bora-Komorowskiego i mnóstwo tych, którzy uważają, że zrobił słusznie. To jest prywatna ocena.


- Oprócz opowiadań, wierszy i scenariuszy do seriali, pisze Pan również dialogi do sztuk teatralnych, wystawianych choćby w krakowskim Teatrze Barakah.

- Sztuka, którą Pan ma na myśli, dzisiaj już nie jest wystawiana. Była grana sto kilkadziesiąt razy. Bardzo lubię dramaty i przez długi czas się na tym skupiałem, dlatego że najmocniej czuję się w konstrukcji i dialogu. A dramat to właśnie konstrukcja i dialog. Didaskalia są mało ważne, reżyserzy ich nie znoszą (nie będzie tak, że ktoś im będzie narzucał, co postać powinna robić, bo oni wiedzą to lepiej). Napisałem tych sztuk sporo, to była bardzo często dystopia. Dostałem za to sporo nagród, ale to się niestety słabo przekładało na wystawienia. Ta "Klinika dobrej śmierci" to jedna z tych, która była dłużej grana na scenie. W ciągu ostatnich lat przy pomocy "Pana Przypadka" udało mi się poznać panią, która zajmuje się słuchowiskami teatralnymi w Radiu Lublin. Przez ostatni rok cztery moje sztuki zostały zrealizowane jako słuchowiska. Wciąż zresztą piszę na zamówienie Radia Lublin, a najnowsza sztuka będzie opowiadała o zamachu terrorystycznym na wesoło. Będzie nosiła nazwę "Bistro Europa".


- Tuż przed spotkaniem w Miejskiej Bibliotece Publicznej odbył Pan z dyrektorem naszej książnicy spacer po Kuźni Raciborskiej. Czy dostrzegł Pan jakieś elementy, które mogły by się znaleźć w scenariuszu Pana książki?

- Odpowiem na to anegdotycznie. Edmund Nizurski, który przyjeżdżał na spotkania do każdego miasta, zawsze po spotkaniu mówił: "Proszę Państwa! U Państwa jest tak cudownie, że następna książka będzie się działa w Państwa mieście". Wszyscy się później ustawiali w kolejce i kupowali od niego książki. Ja tego nie powiem, bo z prostej przyczyny nie chcę ludzi oszukiwać. Żeby znalazło się coś naprawdę i na dłużnej zagrało, ja bym musiał spędzić tu co najmniej kilka tygodni. Akcja moich książek toczy się w Warszawie, dlatego, że w pobliżu Warszawy mieszkam. Mam jeszcze takie drugie miejsce, gdzie przyjeżdżałem w wakacje. Mam na myśli małe miasteczko w woj. świętokrzyskim - Końskie (cały czas mieszka tam moja babcia). U mnie miejscowość ta występuje w paru miejscach i nazywa się Swojskie. Mogę więc tam umieścić akcję, bo ja znam tam topografię, znam ludzi, ich mentalność... Tutaj ja jestem japońskim turystą. Bardzo jestem ciekawy, chodzę, oglądam, zrobię kilka zdjęć, napiszę na Facebooku relację i powiem jeszcze parę anegdot, które pan dyrektor mi opowiedział, ale to jest za mało, żebym cokolwiek mógł z tym zrobić, jakkolwiek umieścić to w książce. Nie mówię już o scenariuszu, bo nad tym, gdzie dzieje się dany film, decyduje ktoś inny. Jeśli chodzi o "Klan" czy jakikolwiek inny serial, to jest ustalane z góry, ze sponsorami. Jest teraz taka moda, że miasta się po prostu dokładają do seriali, tylko po to, żeby przyciągnąć producentów filmowych. Tak zrobił Toruń, Lublin czy Sandomierz, który dołożył się do "Ojca Mateusza". To jest po prostu promocja miejscowości. Miasta w swoich budżetach promocyjnych to uwzględniają, filmowcy szukają każdej złotówki na wydanie. Weźmy przykład serialu "Ranczo", gdzie się wydaje, że wszystko dzieje się na zapadłej wsi, a to jest 40 km od Warszawy (zdjęcia powstają m. in. w Jeruzalu, w gminie Mrozy - dop. BK), bo tam znaleziono pierwsze miejsce, które wygląda jak zapadła wieś. Takie coś musi być blisko, zarówno dla ekipy filmowej, jak i dla aktorów. To jest ekonomia.

Rozmawiał: Bartosz Kozina

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz