10 lutego 2012

Przeżyła zsyłkę na Sybir

Wiele jest w historii Polski dat, które na trwałe zapisały się w ludzkiej świadomości niezwykle dramatycznie. Jedną z nich jest 10 lutego 1940 r.

Tego dnia rozpoczęła się, zakrojona na szeroką skalę, wielka akcja masowej deportacji, której celem stała się ludność cywilna, zamieszkująca wschodnie rubieże II Rzeczypospolitej. Wybudzeni ze spokojnego snu przez funkcjonariuszy Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych mieszkańcy, dostali kilkanaście minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy, po czym brutalnie wepchnięci do stojących na stacjach bydlęcych wagonów.

Był to początek, trwającej nieraz kilka lat, gehenny polskiego narodu. Nie wszystkim dane było przeżyć to "lodowe piekło na ziemi". Ci, którzy ocaleli, przekazali swe cenne wspomnienia młodszym pokoleniom. W 72. rocznicę deportacji, prezentuję przeżycia nieżyjącej już dziś mieszkanki Kuźni Raciborskiej, Janiny Miodek (z domu Zarzyckiej).



Do czasu napaści na Polskę wojsk hitlerowskich oraz wkroczenia siedemnaście dni później Armii Czerwonej Janina Zarzycka (ur. 7 sierpnia 1922 r.) zamieszkiwała wieś Panowice w województwie tarnopolskim (wschodnie tereny ówczesnego państwa polskiego). Tam, wraz z całą rolniczą rodziną wiodła w miarę szczęśliwe i spokojne życie.

Wszystko zmieniło się rankiem, 10 lutego 1940 r. W domu Zarzyckich pojawili się agenci NKWD z nakazem wysiedlenia całej rodziny. Bez żadnego powodu. Dopiero później zaczęto uzmysławiać sobie, że jest to kara za udział Władysława Zarzyckiego (ojca Janiny) jako sierżanta Wojska Polskiego w wojnie przeciwko bolszewikom w 1920 r.

Po wielu tygodniach podróży w bydlęcym wagonie, 18-letnia Janina wraz z rodziną znalazła się w syberyjskiej śródleśnej osadzie Aleksiejewka. Wśród członków rodu Zarzyckich nie było już głowy rodziny - Władysława, którego wywieziono w inny rejon Związku Radzieckiego. Młoda, wątła dziewczyna została czym prędzej zagnana do ciężkiej i katorżniczej pracy. Jak inni zesłańcy musiała piłować drzewo, ładować bale na furmanki, budować ziemianki i baraki.

Po roku forsownej pracy awansowała. Została woźnicą. Z końmi oswojona była od dziecka, potrafiła i lubiła zaprzęgać oraz powozić. Męka na nieludzkiej i syberyjskiej ziemi, gdzie dominował chłód, głód oraz strach trwała cztery lata. I choć II wojna światowa dobiegła końca, Zarzyccy nie mogli już powrócić do swego gospodarstwa. Tam panoszył się już ukraiński kołchoz. Z tysiącami rodaków jechali na zachód, by zatrzymać się w pobliżu Legnicy.

Pewnej niedzieli do lokalnego kościoła na mające się odbyć nieszpory, przyszedł inny wojenny tułacz. Był nim dawny żołnierz armii gen. Władysława Andersa - Henryk Miodek. Wspólne rozmowy (poparte wojennymi przeżyciami) i coraz bliższe kontakty sprawiły, że Janina i Henryk postanowili wziąć ślub. Tak połączyły się losy byłego żołnierza - repatrianta z Włoch z dziewczyną z okolic Tarnopola, której szlak na Dolny Śląsk wiódł poprzez Syberię.

Niebawem Janina odnalazła również swojego ojca, który jako zdemobilizowany żołnierz znalazł się w Kuźni Raciborskiej. Państwo Janina i Henryk Miodkowie dostali pracę w kuźniańskiej betoniarni, choć ważniejsze okazało się otrzymane tu mieszkanie. Oboje doczekali się czwórki dzieci, a także siedmioro wnucząt i piątkę prawnucząt.    



W kwietniu 2005 r. Janina Miodek decyzją prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego odznaczona została Krzyżem Zesłańców Sybiru. Pani Janina zmarła 17 czerwca 2006 r. Spoczęła na cmentarzu w Kuźni Raciborskiej, w grobie swych rodziców - Marii i Władysława Zarzyckich.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza